piątek, 05 maj 2017 23:19

Setna wiosna pani Julianny (część 3)

Napisane przez  Wysłuchała: Bogumiła Wartacz, zapis rozmowy: Dominika Wałęcka
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Rozmowa z panią Julianną Adamczyk oraz jej synem Tadeuszem i synową Teresą - część 3

Czyli osiem osób… Czyli przyjechał Pani brat Józef, siostra Zofia z Córką Irką i jeszcze…?

(Janek, Kazik)

Józiek z żoną Rózią, z dzieckiem, i siostra bratowej…
… przez zimę, u cioci jakoś te słomę się przynosiło na noc, na podłodze wszyscy spali…

W tym 43. roku…

(Tak, na jesieni.)

Tak to było na jesień i przez zimę, a w kwietniu brat dostał w Kluczkowicach pracę u leśniczego.

A, który brat?

Józiek, to był najstarszy z nich wtedy… och jak oni biedowali… Jak siostra mówiła, nie było co do garnka włożyć, nie było…

(Mamo, czyli tak, Józiek dostał pracę w Kluczkowicach i z tym Jóźkiem pojechała Zosia z córka Irką…)

Wszyscy pojechali…

(Wszyscy pojechali tam…? Czyli wrócili …)

Na rodzinne strony…

Franek to przyjechał w 45 roku dopiero, najstarszy brat z żoną i z córką, dwunastoletnie dziecko. Przyszli też na Strzelce, byli na Strzelcach jakiś czas, a potem mieszkali w Czesławicach.
Później ten brat mój był chory, ten Franciszek. Coś miał z wątrobą. … ja dałam znać do swojej siostry do Kluczkowic, żeby zabrała Franka.
No i siostra przyjechała i zabrała tego Franka. Franek był w Kluczkowicach i długo nie pożył. To tak jakoś było… jak oni przyjechali w 45 roku to na drugi rok, jesień już była.

Ale to u siostry w Kluczkowicach już zmarł ?

(W Kluczkowicach)

No i brat zmarł, więc był pogrzeb, a bratowa jeszcze tu była w tych Czesławicach. No i najmłodszy brat dał znać, że Franek nie żyje, więc na ten pogrzeb jedziemy. A ta kolejka to tak raz chodziła a raz nie chodziła. Idziemy piechotą. Ze Strzelec piechotą znów do tych…

Ile to kilometrów było?

(Do Kluczkowic to będzie tak… … będzie jakoś w granicach 35 – 38 kilometrów !)


 * * *

- Po przerwie na herbatkę powrócił temat Wołynia


(Jak już wcześniej mama mówiła – moja babcia zginęła podczas sumy w kościele w Porycku. Trzy osoby ocalały z tego kościoła . Wśród nich niejaki pan Filipowicz, /no, już teraz świętej pamięci/, którego miałem okazję poznać. Dzięki jego staraniom doszło do tego, że ekshumowano tych ludzi i na starym cmentarzu, który mocno zniszczony był, powstały dwie mogiły tych ludzi, którzy tam byli pomordowani. Były uroczystości w 2003 roku, gdzie ja z siostrą cioteczną byłem na tych uroczystościach.)

(Z tą Irką, co była z matką ukrywana na tym Wołyniu.
To tu zdjęcia pokażę.
Potem parę razy tam zajeżdżałem, na ten cmentarz, z racji tego, że myśmy w Łucku pomagali tworzyć taki ośrodek, jak mamy tu, - Ośrodek Chirurgii Oka. To z drogi musiałem trzydzieści parę kilometrów zbaczać, żeby tam pojechać i tam ja już parę razy byłem…
A ten Filipowicz to on właśnie tak działał na rzecz tego, żeby upamiętnić to miejsce, żeby był tam przynajmniej grób zbiorowy. On swoją historię opowiadał swojego czasu i w „Dzienniku Wschodnim” był artykuł, jak on opisywał tę historię.
Też były programy w telewizji, my wiadomo uczuleni na ten temat…)

No tak, bo to historia rodzinna…

(...To się słuchało tego, oglądało…)

I śledzą państwo wszystko na bieżąco…

(Tak, tak… I on, opowiadał jak to w tym kościele było, bo on ocalał. )
(Była Pani może na filmie Wołyń?)

Nie… stwierdziłam że nie jestem gotowa do tego… ale czytałam… wiem…

(… ja bałam się, ale musiałam pójść.)

No, to jest historia rodziny…

(Tak, to jest historia rodziny. Fragmenty, tego filmu „Wołyń” nawiązywały do tego co opowiadał Filipowicz, bo on to przeżył, jako dziecko. On był z matką w tym kościele w Porycku i jak oni wpadli i zaczęli strzelać do ludzi… Ludzie wiadomo, padali, panika się zrobiła. Im się jakoś udało uciec …)

(Oni uciekli najpierw na chór, a z chóru było jakieś przejście na strych. I oni we trzech na strych uciekli i pewnie by zginęli gdyby zamiar bandytów się spełnił…)

(To było tak, że jak ci bandyci wpadli do kościoła, to z pistoletów maszynowych strzelali do ludzi. Księdza ranili, bo dzisiaj to już wiem, że nie zginął od razu, ale był ranny. Dostał się później do popa ale u popa go dopadli i zabili.)

(…i jak skończyli strzelać, a jeszcze część ludzi żyła, to drzwi zabarykadowali, obłożyli drzwi słomą i podpalili, a rzucili jeszcze granaty przez okna i to się zaczęło palić. )

(I oni wtedy odeszli…)

(…na szczęście zerwała się duża burza i ugasiła te snopki i kościół się nie zajął. I te chłopaki, tych trzech, a wśród nich ten Filipowicz, dzięki temu przetrwali i jak się to wszystko uspokoiło, jakoś się wydostali. /On później po wojnie w Zamościu mieszkał…/ Ale wszystko… na jego oczach się działo… matkę zabili. On już był na chórze, jak matka serię dostała i upadła… i widział to…)

(W 2003 roku to była 60-ta rocznica tych wydarzeń)

(No to właśnie dzięki staraniom Filipowicza były uroczystości upamiętniające tę tragedię…. wtedy Kuczma i Kwaśniewski byli na tych uroczystościach, właśnie w tym Porycku. )

(Ja tam pojechałem… i moja siostra cioteczna, która mając wtedy 6 lat przeżyła to wszystko… dostaliśmy zaproszenie i pojechaliśmy z oficjalną delegacją… tam były dwa autokary - rodzin plus oficjalnych gości z Polski)

Wszędzie są ludzie dobrzy i źli, ale draństwa też nigdzie nie brakuje…

No to miała Pani szczęście, że spotykała Pani „tych dobrych” ludzi, naprawdę.

(W całym tym nieszczęściu…)

Wszędzie się ludzie znajdą życzliwi, że pomogą człowiekowi. A ja nie mogę narzekać bo, wie Pani, jak już tu byłam w Nałęczowie to ludzie byli dla mnie życzliwi, nie mogę narzekać. Później już jak wyszłam za mąż i mieszkałam tu gdzie „Przepiórka” teraz, stał taki dom. … to sąsiedztwo było dobre…

(…jak się dzisiaj wjeżdża na ten parking za „Przepiórką”, to w tym miejscu stał dom, taka kamienica… ja jeszcze jako dziecko tam mieszkałem…)
(… to był z kamienia dom, zimny dom. A tu gdzie jest pizzeria dzisiaj, to był skup owoców)

Zupełnie inny Nałęczów, prawda?

A tam gdzie „Przepiórka” to było targowisko. A wzdłuż ulicy tak jak dzisiaj jest skwerek, aż tu w stronę Zubrzyckiego, to był ciąg parterowych domów połączonych ze sobą. I był tak: sklep AGD, księgarnia, rybny, no i bar „Nad Łączką”

(… mama wspominała sąsiadów dobrych - Zubrzyccy, Pietrzniakowie,)

Zubrzyccy, Pietrzniakowie, […], Wielomscy, Pawłowscy. To byli wszyscy dla mnie naprawdę tacy życzliwi. Blisko mieszkaliśmy…

(Bo ta historia, już powojenna, nieco lepsza, … no, stopniowo się poprawiało…)

To znaczy - nie było już takiego zagrożenia życia …

(Tak… Poza tym… mama praktycznie, przez ten cały okres dzieciństwa, można by powiedzieć, była bezdomna. Bo swojego domu nie było. Urodziła się, to była leśniczówka, tam ojciec gajowym był, i to było jakie mieszkanie?)

Pokój z kuchnią. Nie no, tam to było ładne mieszkanie! Później w gajówce jak żeśmy mieszkali za cmentarzem, też był pokój z kuchnią…

(Czyli nie było tak źle. Ale wydawało się ojcu, dziadkowi, że będzie lepiej tam na Wołyniu. A potem to już się zaczęła tułaczka. Na tym Wołyniu - we Włodzimierzu gdzieś tam przy majątku, potem inne miejsca – Siedmiarka, Bubnów, Radowicze…)

Ach! Tułaczka! Mama moja nie mogła się z tym pogodzić. Mama tęskniła …

A ja mam pytanie, założyła Pani swoją rodzinę, prawda? Wreszcie. Poznała pani męża.

Wyszłam późno za mąż, bo 35 lat miałam jak wychodziłam za mąż, nie śpieszyłam się. Zresztą moja miłość to była daleko, bo mój narzeczony wyjechał w 1935 roku do Paragwaju. Z całą rodziną wyjechali… bo ludzie nie mieli roboty, to tam szukali. Ale umówiliśmy się, że czekamy na siebie, że on mnie do siebie ściągnie. I tak się odwlekło, że wojna wybuchła. Ja zostałam tu, a on w Paragwaju
Mówię, widocznie nie byliśmy dla siebie sądzeni. I dopiero jak powstała poczta lotnicza (nie wiem, to był rok chyba 46 ) on jesienią mi napisał ostatni list, że jest mi szczerze wdzięczny, że byłam wierna jemu, ale „jeśli Ci szczęście sprzyja i nagrodzi synem, nazwij go moim imieniem.” Ale nie dałam imienia jego. Bo on był Bolesław, a syn dostał Tadeusz. Mąż mu wymyślił takie imię, nazwał go Tadeuszem.

Męża poznałam tu właśnie, kiedy mieszkałam gdzie ta „Przepiórka”. a mąż już był wdowcem. Pierwsza żona mu zmarła…
No i właśnie tutaj wyszłam za mąż. W 1951 roku, w grudniu. W Boże Narodzenie był ślub.
A potem to właśnie w tym domu żeśmy mieszkali i właśnie w tym domu Tadzio się urodził, a potem Małgosia. Zimne to mieszkanie było, nie było pieca w pokoju,

(I mama nie pracowała?)

I ja już nie pracowałam… Jasio pracował
A w 1957 roku przeprowadziliśmy się do szkoły. Jasio dostał pracę w szkole, bo się zwalniał ten, który był tam palaczem…

Przy podstawowej szkole?

Tak, tak..

(Tam taka przy sali gimnastycznej jest kotłownia i mieszkanie - pokój, kuchnia, w takiej pół-suterynie. Tam mieszkaliśmy do 1975 roku.)

Cieszyłam się tym mieszkaniem w szkole. Boże! Po tym wszystkim co ja przeszłam, miałam wreszcie ten swój kąt, ciepło, widne mieszkanie, chociaż to niby pół suteryna.

(No, ale od południa okna były.)

…Ciepłe, ogrzane… Kuchnia węglowa, piekarnik, raj!

(No i tam już potem po jakimś czasie mama też pracowała w szkole, prawda?)

A ja to dopiero w 1960 roku zaczęłam, jak Małgosia już podrosła troszkę. Dwanaście lat przepracowałem w szkole, sprzątałam. A mój mąż pracował 42 lata.

(Ale oprócz tego, że mama sprzątała w szkole to sobie dorabiała w inny sposób. Niech mama powie w jaki sposób sobie mama dorabiała?)

… gotowałam obiady nauczycielom jak były konferencje . A poza tym… a poza tym piekłam ciasta.

(Torty pół Nałęczowa u mamy zamawiało!)
(Wesela, na wesela ciasta robiła)

A mi jakoś miło jest, że teraz mówią … , że przechodzili koło okna… zapachy z kuchni…

(Nieraz mama miała 5, 6, tortów na sobotę, niedzielę zrobić, robotów nie było, to ile ja się ukręciłem w makutrze tych mas, tego wszystkiego)

To też Pan jest dobrym cukiernikiem…

(No pomocnikiem.)

Szarlotka przepyszna…

Jak przechodzili koło okna to tak nieraz zajrzeli. „co Pani gotuje?”

(A to z suteryny zapachy)

Ja w internacie mieszkałam i tu w Nałęczowie do ogólniaka chodziłam. To ja pamiętam te zapachy jak się tak wyszło na taras przed szkołą… to, co to tak ładnie pachnie? A nie wiedziałam, że to moja teściowa będzie!
Kiedyś smażyłam pączki, a doktor Kopczyński, dentysta…

(Miał piętro wyżej gabinet.)

…Nad moją kuchnią… Okno było otwarte, poczuł zapach, mówi do męża coś tam żona dobrego… usmażyłam tych pączków, „masz zanieś”. A pierogi z kapusty z i z grzybów jak zrobiłam to, też idzie Jadzia … ta Wielomska. To była sekretarka, przechodzi koło okna „Pani Julciu … oj coś tak ładnie pachnie…”. Ugotowałam tych pierogów ułożyłem w taką miseczkę, masło zrumieniłam z bułeczką, polałam, zaniosłam…

(Mama tak się dzieliła.)
(A dzisiaj to ulepić 50 pierogów to to nie jest problem.)
(Mamy zdjęcie przy pierogach jak pomaga. Jak ja robię pierogi to mama mówi „robisz pierogi? To mnie zawołaj do lepienia” i robimy razem, lepimy pierogi. )
(Koleżanka, męża ze szkoły podstawowej teraz wspomina jak to było, jak trzeba było na biologię przynieść jakieś tam pietruszkę, marchewkę. Jak zapomniały dzieci z domu przynieść, no to co? Do pani Adamczykowej biegły! I zawsze Pani Adamczykowa poratowała.)

Przychodziły do mnie. Marchewka, pietruszka czy tam sól, cebule, na przyrodzie im potrzebne było to dawałam. Niektóre pamiętały, przychodziły, kwiatuszka chociaż przyniosły. Na przykład Małgosia Susz. Przyszła jak kończyła szkołę, mówi „dziękuję za wszystkie pietruszki, marchewki, cebulki”, przyniosła mi bukiet kwiatów - to przyjemne było.

(Teraz też jak z mamą rozmawiałam, opowiadała, jak robiła przyjęcie, jak otwierali izbę porodową. Bo wie pani, że tu była izba porodowa?)

W którym to roku było?

No ja byłam panną jeszcze, to był 1950 rok chyba.

I przyjęcie szykowała pani?

Tak. To organizował doktor Kapuściński i pani Purtakowa i te dwie położne.

(Co to było mamo na tym przyjęciu?)

A, co było… Wtedy nie było bardzo można co dostać, ale gdzieś tam dostałam trochę wędliny, Na przystawkę były śledziki, grzybki marynowane, a później na obiad się robiło… Był czysty barszczyk, były paszteciki, kurczaki, bo to było lato już, wiem, że były ogórki i pomidory. Kurczaki trzeba było samemu zabić i oskubać, no więc były kurczaki, nadziewane, pieczone.

A czym nadziewane?

Tarta bułeczka, masło w to włożyłam, no i wątróbkę, jajko, zielona natka i się tym nadziewało. Były te kurczaki, kartofelki, była mizeria, kalafior, marchewka. Później był tort.

(A na przystawkę jeszcze były jajka)

Jajka, były zrobione muchomorki z tych jajek. To sekretarza żona tak zaglądała, jak to zrobione.

(Sekretarza partii)
(I potem tort…)

Był duży tort.

(Zdobiony pięknie)

No, kawa, herbata, co kto tam chciał. A potem jeszcze były lody.

Też ręcznie robione?

To taki był lodziarz, co miał lodownię, to tego lodu się wzięło…

(A lodownia to była tutaj nad rzeką, jak się przechodzi od PKSu przez mostek ten mały i te pawilony co są tam.

… no i były na koniec lody. Zrobiłam to przyjęcie i wszystkim się bardzo podobało.

(Ale robiła mama przyjęcia...)

A, robiłam!

(…u proboszcza wcześniejszego)

A wesel to ile robiłam!

  • 2005r z kwiatami z Radowicz2005r z kwiatami z Radowicz
  • 90-te urodziny90-te urodziny
  • Zdjęcia z albumuZdjęcia z albumu

Czytany 162 razy Ostatnio zmieniany sobota, 06 maj 2017 22:22

Gazeta Nałęczowska

Wydawana od 1994 roku.